Jakiś czas temu odwiedziłam przedszkole mojego dziecka. Szłam tam z głową pełną misyjnych planów. Pomyślałam: „To świetna okazja, żeby porozmawiać z dzieciakami o różnorodności. Poczytamy książki o otwartości, o tym, że ludzie są różni i że to jest w porządku. Zrobię im małą lekcję tolerancji”.
Usiadłam na dywanie, spojrzałam na nie i… zaniemówiłam. Im dłużej się im przyglądałam, tym bardziej docierało do mnie, jak bardzo moja „misja” była niepotrzebna.
One to wszystko już wiedzą.
Dzieci uczą się różnorodności każdego dnia — naturalnie, bez podręcznikowych teorii, bez sztywnych definicji i bez zacietrzewienia, które towarzyszy społecznym czy politycznym debatom dorosłych. Odkryłam wtedy coś uwalniającego, a zarazem zawstydzającego: może naszym zadaniem jako dorosłych wcale nie jest nauczenie dzieci otwartości? Może naszym zadaniem jest jej w nich po prostu nie stłamsić? Nie zamknąć ich zbyt szybko w ciasnych szufladach naszych własnych uprzedzeń i stereotypów.
Oczywiście, jako ludzie potrzebujemy kategorii. To ewolucyjny mechanizm – nasz mózg lubi porządek, bo segregowanie świata na „znane” i „nieznane” ułatwia przetrwanie. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować te kategorie jako prawdy absolutne. Gdy za etykietą „obcy”, „inny”, „starszy” czy „niepełnosprawny” przestajemy widzieć człowieka.
Dzieci mają tę niesamowitą supermoc: potrafią uchwycić moment przed stereotypem. Czysty zachwyt światem, zanim my, dorośli, nałożymy im na oczy nasze brudne okulary uprzedzeń.
Widać to idealnie na placach zabaw. Kiedy spotykają się tam maluchy mówiące różnymi językami, dorośli od razu widzą barierę. Stoją z boku, zestresowani, zastanawiając się, jak zainicjować kontakt. A dzieci? One po prostu wbiegają w tę przestrzeń i zaczynają się bawić.
Okazuje się, że wspólny język nie potrzebuje gramatyki. Istnieje uniwersalny kod: język toczenia piłki, wspólnego budowania zamku z piasku, gestów, śmiechu, czystej ciekawości i spontaniczności. Dzieci nie potrzebują perfekcyjnej komunikacji werbalnej, żeby zbudować relację i poczuć bliskość. To my, dorośli, z biegiem lat budujemy w sobie przekonanie, że różnica językowa czy kulturowa to mur nie do przebicia.
Dzieci potrafią też z genialną prostotą obnażać nasze językowe przyzwyczajenia. Pytają głośno w swojej szczerości: „Ale mamo, dlaczego tak się mówi?”. I nagle, stojąc przed kilkulatkiem, uświadamiasz sobie, że wiele rzeczy, które uznajesz za „naturalne i jedyne słuszne”, jest po prostu wyuczoną kalką.
Świetnym przykładem są feminatywy, wokół których dorośli toczą dziś tak zaciekłe boje. Dla mojego synka słowo „konduktorka” było czymś całkowicie oczywistym — bo właśnie taką formę usłyszał w czytanej książce. Dopiero znacznie później dowiedział się, że istnieje też „konduktor”. W jego małej główce nie było w tym żadnej ideologii, manifestu ani polityki. Była tylko naturalna, organiczna elastyczność języka. Dzieci nie rodzą się z przekonaniem, że pewne słowa „brzmią dziwnie” lub „kaleczą język”. To przekonanie przychodzi później — jako kalka tego, czego słuchają w domu i co dorośli arbitralnie uznają za normę. Ich świeże spojrzenie przypomina nam, że język jest żywym organizmem, a nie skansenem.
Jest jednak coś jeszcze ważniejszego, czego moglibyśmy uczyć się od dzieci każdego dnia: głęboka i szczera ciekawość drugiego człowieka.
Dzieci nie odwracają wzroku. One pytają wprost na całe gardło w autobusie czy sklepie: „Dlaczego ten pan porusza się na wózku?” „Dlaczego ta pani ma taką ciemną skórę?” „Dlaczego ten pan tak dziwnie mówi?”
Co wtedy robimy jako rodzice/dorośli? Najczęściej czerwienimy się, uciszamy dziecko, syczymy: „Ciii, nie wolno tak mówić, to niegrzeczne”, i szybko uciekamy wzrokiem. Chcemy zagłuszyć te pytania, bo paraliżuje nas strach przed społecznym faux pas.
A przecież w tych małych pytajnikach nie ma ani grama złośliwości. Nie ma tam intencji zranienia, nie ma wywyższania się ani oceny. Jest tylko czyste zauważenie różnicy i autentyczna, piękna chęć jej zrozumienia. Dzieci nie udają, że wszyscy jesteśmy tacy sami. One widzą, że jesteśmy różnorodni! Ale samo zauważenie odmienności nie jest jeszcze uprzedzeniem. Uprzedzenie to właśnie to negatywne nacechowanie, które to my – dorośli – wstrzykujemy w te pytania, dopisując do różnic oceny, hierarchie i łatki „lepszy-gorszy” czy „normalny-nienormalny”.
Gdybyśmy pozwolili dzieciom pytać i odpowiadali im z taką samą ciekawością i spokojem, z jaką one pytają, świat wyglądałby inaczej. Jeśli nigdy nie powiemy dziecku, że czyjaś odmienność jest „gorsza” albo „dziwna”, istnieje ogromna szansa, że ono samo nigdy tak nie pomyśli.
W Dzień Dziecka. Kupimy im pewnie prezent, zabierzemy na lody, będziemy życzyć im, żeby pięknie dorastały. Ale może w tym roku, zamiast zastanawiać się, czego my chcemy je nauczyć, usiądźmy z nimi na dywanie. I zamilknijmy na chwilę, żeby posłuchać, czego te małe, mądre istoty mogą nauczyć nas. O świecie, w którym inny człowiek nie jest zagrożeniem, ale kolejną fascynującą opowieścią do odkrycia.
Dla mnie osobiście ta dziecięca perspektywa to coś znacznie więcej niż tylko prywatna refleksja. Obserwacja mojego syna, ale też innych dzieci – tego, jak budują interakcje, jak rozwijają swój język i z jaką fascynującą prostotą pojmują skomplikowane dla nas pojęcia – to jedno z najważniejszych źródeł wiedzy, z których czerpię. Ta codzienna, czujna obserwacja jest dla mnie nieustającą inspiracją i ma ogromny, bezpośredni wpływ na to, jak tworzę swoje szkolenia i webinary. To właśnie dzięki dzieciom uczę dorosłych o różnorodności w sposób odarty z polityki i sztywnych definicji – wracając do tego, co najbardziej ludzkie, naturalne i bliskie nam wszystkim.
